Po tegorocznym konkursie Eurowizji, jak i z resztą po wcześniejszych również, nie spodziewałem się wiele. Mało tego, wrażenie, że to będzie kicz towarzyszyło mi od pierwszych minut włączenia telewizora. Zasadniczo się nie zawiodłem, bynajmniej jakoś nie odczuwałem z tego powodu satysfakcji. Występy kolejnych artystów, jeśli w ogóle można nazwać je występami, nasuwały kolejne przemyślenia o nas – europejczykach. Kiedyś zastanawiałem się, kiedy nastanie czas, gdy w ramach Unii Europejskiej wszystkie narody zintegrują się i będąc odmiennymi, wyjątkowymi, stworzą silną jedność. Dzisiaj zmuszony jestem zrewidować pytanie do skromnego “czy to będzie mieć kiedyś miejsce”? Eurowizja w założeniach miała być przedsięwzięciem ukazującym najlepsze walory Europy, wyrażone w piosence – w zamyśle więc każdy kraj, który tam występuje reprezentuje to, co w nim najpiękniejsze. Od czasu, gdy to utopijne myślenie obowiązywało upłynęło sporo wody w rzekach Starego Kontynentu. Dziś już śladu nie ma po nich. Za to mamy wszechobecny kit i tandetę – Rosja, która zwyciężyła, była wczorajszego wieczoru bardziej amerykańska niż sami Amerykanie. Grecja, zdobywca drugiej pozycji… na dobrą sprawę nie wiem co to było – nieudolne naśladownictwo american style, wsparte komiczną choreografią stylizowaną na erotyzm. Miałem wrażenie, że te wicie się piosenkarki na scenie miało odwrócić uwagę widzów od bezsensu utworu. Pozostałe kraje nie lepiej – każda kolejna nacja prezentowała praktycznie to samo, ubierając w inne słowa. Najmniej żalu mam do Hiszpanii, która chyba załapała, że wygrana w Eurowizji nie jest żadnym splendorem i wystawiła swojego Borata – odpowiednika polskiego Majewskiego. Najbardziej tragiczne było to, że komik wcale nie odstawał poziomem od pozostałych uczestników, oglądając go nie miałem wrażenia, że “on odstaje od reszty poziomu”, albo że to “taki folklor eurowizyjny”. Wręcz przeciwnie, nie wykluczałem wygranej Hiszpanów w tym roku.
Co się z nami dzieje? Gdzie ta europejska różnorodność, gdzie bogactwo stylów, gdzie wyjątkowość i unikalność, która miała nas spajać? Czy na prawdę nie stać nas na coś więcej, niż stylizowanie się na Amerykę? Kultura europejska ma być alternatywą dla tej znad Atlantyku? Wolne żarty! Wczorajszy program obnażył nas. Jesteśmy tylko bezdusznym motłochem spędzonym w ramach “Integracji europejskiej”, bez tożsamości, bez dumy, bez niczego! Synonimem Europy jest lipa a nie wspólnota różnorodnych państw. Dodatkowo jesteśmy zadufanymi w sobie snobami – pokazało to wczorajsze głosowanie. Wyniki to efekt wzajemnego lubienia się krajów a nie faktycznej rywalizacji piosenek. Mimo wszystko zmuszony jestem zmartwić proroków wieszczących rychły koniec “europejskiego molocha” – upadek integracji europejskiej nie nastąpi, bo nigdy się tak naprawdę nie zaczął. Owszem, gospodarczo, integracja przebiega wzorowo, ale społecznie nigdy nie byliśmy i nie będziemy jednością. Ta rzekoma różnorodność która ma nas łączyć wydaje mi się być czczym gadaniem, zamiataniem pod dywan rzeczy przerastających obecnych konstruktorów integracji. Politycy chcą jednej Europy? To niech powiedzą to społeczeństwu a nie sobie nawzajem.