maj 2008


Po tegorocznym konkursie Eurowizji, jak i z resztą po wcześniejszych również, nie spodziewałem się wiele. Mało tego, wrażenie, że to będzie kicz towarzyszyło mi od pierwszych minut włączenia telewizora. Zasadniczo się nie zawiodłem, bynajmniej jakoś nie odczuwałem z tego powodu satysfakcji. Występy kolejnych artystów, jeśli w ogóle można nazwać je występami, nasuwały kolejne przemyślenia o nas – europejczykach. Kiedyś zastanawiałem się, kiedy nastanie czas, gdy w ramach Unii Europejskiej wszystkie narody zintegrują się i będąc odmiennymi, wyjątkowymi, stworzą silną jedność. Dzisiaj zmuszony jestem zrewidować pytanie do skromnego “czy to będzie mieć kiedyś miejsce”? Eurowizja w założeniach miała być przedsięwzięciem ukazującym najlepsze walory Europy, wyrażone w piosence – w zamyśle więc każdy kraj, który tam występuje reprezentuje to, co w  nim najpiękniejsze. Od czasu, gdy to utopijne myślenie obowiązywało upłynęło sporo wody w rzekach Starego Kontynentu. Dziś już śladu nie ma po nich. Za to mamy wszechobecny kit i tandetę – Rosja, która zwyciężyła, była wczorajszego wieczoru bardziej amerykańska niż sami Amerykanie. Grecja, zdobywca drugiej pozycji… na dobrą sprawę nie wiem co to było – nieudolne naśladownictwo american style, wsparte komiczną choreografią stylizowaną na erotyzm. Miałem wrażenie, że te wicie się piosenkarki na scenie miało odwrócić uwagę widzów od bezsensu utworu. Pozostałe kraje nie lepiej – każda kolejna nacja prezentowała praktycznie to samo, ubierając w inne słowa. Najmniej żalu mam do Hiszpanii, która chyba załapała, że wygrana w Eurowizji nie jest żadnym splendorem i wystawiła swojego Borata – odpowiednika polskiego Majewskiego. Najbardziej tragiczne było to, że komik wcale nie odstawał poziomem od pozostałych uczestników, oglądając go nie miałem wrażenia, że “on odstaje od reszty poziomu”, albo że to “taki folklor eurowizyjny”. Wręcz przeciwnie, nie wykluczałem wygranej Hiszpanów w tym roku.

Co się z nami dzieje? Gdzie ta europejska różnorodność, gdzie bogactwo stylów, gdzie wyjątkowość i unikalność, która miała nas spajać? Czy na prawdę nie stać nas na coś więcej, niż stylizowanie się na Amerykę? Kultura europejska ma być alternatywą dla tej znad Atlantyku? Wolne żarty! Wczorajszy program obnażył nas. Jesteśmy tylko bezdusznym motłochem spędzonym w ramach “Integracji europejskiej”, bez tożsamości, bez dumy, bez niczego! Synonimem Europy jest lipa a nie wspólnota różnorodnych państw. Dodatkowo jesteśmy zadufanymi w sobie snobami – pokazało to wczorajsze głosowanie. Wyniki to efekt wzajemnego lubienia się krajów a nie faktycznej rywalizacji piosenek. Mimo wszystko zmuszony jestem zmartwić proroków wieszczących rychły koniec “europejskiego molocha” – upadek integracji europejskiej nie nastąpi, bo nigdy się tak naprawdę nie zaczął. Owszem, gospodarczo, integracja przebiega wzorowo, ale społecznie nigdy nie byliśmy i nie będziemy jednością. Ta rzekoma różnorodność która ma nas łączyć wydaje mi się być czczym gadaniem, zamiataniem pod dywan rzeczy przerastających obecnych konstruktorów integracji. Politycy chcą jednej Europy? To niech powiedzą to społeczeństwu a nie sobie nawzajem.

Jako że moją matczyną uczelnią jest Katolicki Uniwersytet Lubelski od trzech lat doświadczam dorobku wiedzy akademickiej również pod kątem religijnym. Jak to bywa w życiu, dorobek bez cienia wątpliwości wielki, słuszny, cenny i warty poznania, znajduje wśród swojej wspaniałości wiedzę zdecydowanie niższych… powiedziałbym nawet podziemnych lotów. Jak się wydaję właśnie taką podróż do wnętrza ziemi zaliczyłem na dzisiejszych zajęciach gdzie wykładowca łaskawy był poruszyć tematy aborcji, antykoncepcji, oraz eutanazji oczywiście. Tak dokładnie zgadliście – dokładnie tymi poglądami zostałem dzisiaj uraczony. Wśród wielu jakże cennych informacji o tym, że początkiem cywilizacji śmierci jest antykoncepcja, że eutanazja jest zemstą młodego pokolenia za aborcję (no bo młody sobie myśli: kurde jak moi starzy ciągle dokonywali aborcji i tylko mi się udało umknąć to ja się teraz zemszczę i ich uśmiercę – logiczne), najcenniejszym była teza, że homoseksualizm powodowany jest, oprócz czynników socjalizacyjnych, m.in. dietą.

Poruszony tą jakże wstrząsającą informacją nie mogłem postąpić inaczej, jak przestrzec szanowną brać internetową przed potrawami, mogącymi z nas zrobić te podłe geje/lesbijki. Oto więc na początku należy stwierdzić, że każdy kto chce zostać przy swojej orientacji musi bezwzględnie unikać potraw posiadających długość większą niż 10 cm – marchewki, ogórki, bakłażany, rabarbar a w szczególności parówki! Gdy zaczynają nam za bardzo smakować parówki, to już jest źle. Ponadto, w szczególności na śniadanie należy unikać jajek – a jeśli już musimy się uraczyć tą potrawą, to tylko i wyłącznie jajecznica i nie z DWÓCH jajek. Pieczywo również podlega restrykcjom; bagietki, parówki francuskie zwane potocznie paryżankami należy jednoznacznie wyrzucić z jadłospisu. Z mięs delektować się możemy tylko zwierzyną płci żeńskiej – kurczaczki, kaczuszki, ryby, broń Boże dziki, jelenie. O koninie chyba nie muszę wspominać. Niewymienione potrawy okrasić możemy napojami wszelkiej maści, wyłączywszy te o smaku banana, a także kiwi. Na deser powinniśmy unikać wypieków z bitą śmietaną, a także, podobnie jak w przypadku warzyw, ciast o podłużnym kształcie, większym niż 10 cm.

Gdy już się najemy do syta, chcąc uniknąć odkładania się niepotrzebnego tłuszczyku (co mogłoby fatalnie wpłynąć na nasze powodzenie u płci PRZECIWNEJ na plaży) zalecam wysiłek fizyczny… naturalnie poza jazdą na rowerze.